sobota, 17 października 2009
Polański i dobra pedofilia, odcinek drugi

Kobiety powinny zazdrościć Samancie. Polański wszak był wtedy wyglądał jak młody bóg i zakochała się w nim sama Nastassja Kinski. Spółkowanie z człowiekiem tak ponętnym to prawdziwa chluba w życiorysie dla każdej trzynastolatki. No bo że pokazał jej (im?) świat i przekazał doświadczenie, to już gdzieś słyszałam.

Poza tym nic nowego: żadnego gwałtu nie było, bo wszyscy siedzieli pod łóżkiem i wiedzą. Pedofilii też nie było, bo czymże jest brak zewnętrznych cech pokwitania wobec definicji. Ot, gorąca przygoda młodej kobiety i mężczyzny w kwiecie wieku. A cały świat oszalał.

A jeszcze jakiś tydzień temu wydawało mi się, że ta sprawa nie może być już bardziej mdłościogenna.

piątek, 16 października 2009
Polański i dobra pedofilia

Nie chcę pisać o pogardzie wobec ofiar przemocy seksualnej, przyzwyczaiłam się do tego, że nie można zgwałcić żony ani prostytutki, więc było też w jakiś sposób oczywiste, że z czasem nie będzie można zgwałcić także nie-dziewicy. Jest to taki standard i codzienność, że aż głupio w tej sprawie otwierać usta.

Wyszło jednak przy okazji, ile osób z lewa do prawa ma wątpliwości co do zakazu pedofilii. To już nie tylko klasyczne "ta suka sama się prosiła", ale też przeintelektualizowane wypociny o tym, że zakaz to nie ochrona dzieci, ale ich instrumentalne traktowanie, bo decydujemy za nich, a przecież dzieci też mają potrzeby seksualne. Trochę osób znalazło też wprost idealny moment, żeby podkreślić, że pedofil to wróg publiczny, że mit bezpiecznego społeczeństwa, etc. Jak widać, wroga publicznego bierze w obronę cały świat. Przeraża mnie, jak ogromna ilość osób nie rozumie sensu tego zakazu. W jakim jeszcze wieku dziecko może "samo chcieć"? Ośmiu lat? Pięciu? Dwóch miesięcy? I ile jest przypadków, kiedy "samo chce", bo "wujek" kupił mu słodycze, wypracował sobie zaufanie i namówił do "zabawy"? Czy to nie jest jak nierozumienie, po co są podatki i dlaczego nie można dodrukować pieniędzy, tylko groźniejsze?

Warto przypomnieć, że obok świeżo wprowadzonej (absurdalnej zresztą) zmianie ustawy w kwestii chemicznej kastracji dodano także artykuł 200b, już mniej absurdalny, zakazujący pod groźbą kary pozbawienia wolności do lat 2 propagowania dobrego wizerunku pedofilii. W kontekście tego, że przez kilka lat starań nie udało się zniszczyć strony internetowej Małego Księcia, jest dość zabawne, że kiedy x osób publicznie posługuje się podobnymi argumentami - argumentami tak zwanej pozytywnej pedofilii - nikt nie interesuje się ich ściganiem, chociaż byłoby to dziecinnie proste.

Jest jeszcze jeden front, czyli "na definicję". Polega on na podnoszeniu sprzeciwu, że przecież to wcale nie pedofilia. Przyjmując uproszczenie medyczne, gdyby sprawa działa się kilka miesięcy wcześniej, front nie miałby prawa istnienia, bo byłaby to już pedofilia pełną gębą. Po publikowanych zdjęciach ofiary, w tym tych robionych przez samego reżysera, twierdzenie, że mamy do czynienia z dorastającą nastolatką, a nie dzieckiem, jest równie wiarygodne jak nagły wniosek Polańskiego, że on, biedaczek, myślał, że dziewczyna była starsza.

Nasuwa się aż pytanie, jak by wyglądała cała sprawa, gdyby wydarzenia rozegrały się między reżyserką po czterdziestce i trzynastoletnim chłopcem. Albo gdyby ofiara Polańskiego była innej płci.

wtorek, 08 września 2009
lecz się sam

Łódzkie pogotowie wpadło na genialny pomysł, jak ograniczyć sobie ilość pracy przez zmniejszenie liczby osób wzywających karetkę. Gratulujemy.

Jak wiadomo, najlepszym sposobem na opanowanie czyjejś paniki jest krzyczenie na tę osobę. Ogólnie pogarda i szturchanie są gwarantem idealnej współpracy, jeśli chodzi o pierwszą pomoc. Panika to w końcu nic innego jak zła wola i potajemna chęć morderstwa. No i nic tak nie zachęca ludzi do wzywania pogotowia, jak straszenie prokuratorem za niewłaściwe dalsze postępowanie. Dziesięć na dziesięć jeśli chodzi o prospołeczny przekaz.

przebudzenie

Kiedyś myślałam, że Piekorz i Kuczok to połączenie idealne. Zdaję sobie sprawę, że w przypadku "Senności" scenariusz był pierwszy, ale po zastosowaniu odwrotnej kolejności nie umiem patrzeć na niego inaczej niż jak na ekranizację. Z tej perspektywy film wydaje się być okrutnie wierny: większość dialogów z książki odtworzona słowo w słowo i nic więcej. Nawet, kiedy staram się patrzeć na to bez pryzmatu, widzę jedynie dość banalny film, bardzo odtwórczy w stosunku do polskiego kina. Możliwe jest, że po prostu nie umiem patrzeć z boku.

Bardzo brakowało mi też symbolicznego przejścia na końcu: kwestii "już się ciebie nie boję, tato", czy (mniej więcej) "jestem ciotą, zarażam pedalską krwią".

 

 

Jeśli chodzi o samą książkę, nie przestaję być pod wrażeniem Kuczoka. Fascynuje mnie fiksacja na kulturową męskość i na urazy z dzieciństwa, świetna narracja, no i wreszcie portretowanie Śląska. Nie wiem, czy w "Senności" jest celowa aluzja do "Żebrów Adama", powielenie czy może pomysł na rozwinięcie dawnego konceptu. Dodatkowo, jest coś w rodzaju praktyki tropów, którymi w innych książkach bywały np. zapachy: Robert obserwuje przez okno nogi ze swojego miejsca pracy. Po pewnym czasie wie, kto jak często chodzi, jakim krokiem, kto stracił pracę, kto nie zdał egzaminu. W innym wydaniu łatwo byłoby z tego motywu zrobić coś strasznie oklepanego, banalnego. Tutaj - porywa. Chcę jeszcze.

poniedziałek, 07 września 2009
stosunek seksualny nie istnieje

Przyznaję, napaliłam się na tę książkę. Nadal jestem pod wrażeniem i wierszy Jasia Kapeli, i uroczej szeroko rozumianej otoczki tego prozatorskiego debiutu (prezerwatywa! a jeszcze bardziej mrau wideo autora). Staram się właściwie do tego momentu wymyślić, z której strony to ugryźć, żeby nie było mi smutno z racji przeżytego zawodu.

 

 

Gatunek przepis na polską powieść współczesną doczeka się zapewne niedługo osobnej klasyfikacji literackiej (bo powieść, bo ja wiem, pokoleniowa ma ją już zapewne od dawna). Jak to mówią, to już było. Były też rozmowy knajpiane, byli sfrustrowani studenci, rozmowy o dupach, pijackie rozmowy o źle tego świata, pijackie rozmowy o źle tego świata poszerzone o tak zwaną eryducję, bohater jako autor, ostry nihilizm. A zwłaszcza były próby diagnozy - no właśnie, czego? Polskości, dresiarstwa, środowisk lewicowych, zła tego świata?

Oczywiście, mogłabym podejść do tego jako do książki po prostu zabawnej. Zresztą, po prawdzie, ani przy czytaniu "Reklamy", ani "Życia na gorąco" nie doznałam wrażenia, że popkultura została obnażona, król jest nagi i nastąpiła wielka demaskacja. Cieszyła mnie raczej świetna, błyskotliwa zabawa językiem. Ale - z ręką na sercu - "Stosunek..." mnie nie bawi. Kompletnie.

Nie jest to też, rzecz jasna, zła powieść. Sprawia trudności interpretacyjne. Jak już mówiłam, dopóki się nie zacznie jej czytać, jest urocza. Cały mój problem polega na tym, że się zwyczajnie przy niej znudziłam.

A tak pees, uświadomiłam sobie, że zostawiłam sobie na później pierwsze kilka stron, czyli wskazówki dla tych, którzy nie chcą książki czytać, co mają o niej mówić (też urocze). Po czym oddałam książkę do biblioteki, czego żałuję. Jeżeli w wstępie, do którego planuję wrócić, znajdzie się coś, co wywróci mój światopogląd, na pewno to odnotuję.

sobota, 05 września 2009
obuchem w głowę

Trafiłam ostatnio na stronę poronienie.pl. Strona jak na razie podoba mi się, zwłaszcza w miarę neutralne, pozbawione agresji odniesienie do aborcji. Temat aborcji został właściwie poruszony dopiero wtedy, kiedy należało wyjaśnić różnice między pojęciami. Na stronie przeczytać można o delikatności nosorożca, z jaką ludzie zrównują te zjawiska. Kobiety poddane po poronieniu rutynowemu łyżeczkowaniu słyszą beztroskie pytania lekarzy, jaka skrobanka jest dzisiaj do zrobienia. Słyszą od nich także o ciąży, która poszła, a rodzina pyta ich, czy nie żałują decyzji (!). Szukają potem wsparcia w internecie, gdzie nie ma odpowiedzi, jak poradzić sobie z emocjami. Kiedy chcą skłonić się do środowisk katolickich, nie mogą znaleźć ani słowa o poronieniu, które nie stałoby obok tematu aborcji. Przez spowiedników są obarczane poczuciem winy.

Przypomina mi się w tym momencie sytuacja z mojej rodziny: X. przyznaje, a raczej potwierdza przypuszczenia o swoim poronieniu, słyszy żarty, potem, że nie ona pierwsza i nie ostatnia, znowu żarty, a na koniec tekst swojej mamy, że te skrobanki to nie są dobre, bo Ewka to już miała trzy, a teraz ma problemy. X nic nie mówi, wyraz twarzy jest nieopisany. Po jakimś czasie stara się ponownie, tym razem próbuje nie mówić od razu rodzinie. Co się nie udaje, ze względu na szybkie tycie i inne widoczne świadectwa. Oczywiście, rodzina nie pojmuje w lot licznych prób zmian tematu i uparcie go drąży.

Jak bardzo minusową trzeba mieć empatię, żeby mając tak wyraźnie sygnały nie móc się zwyczajnie zamknąć?

Nie jestem w stanie zrozumieć kultury, która zakazuje aborcji, a jednocześnie nie potrafi uszanować uczucia straty kobiety po poronieniu. Czy naprawdę chodzi o to, że zawsze kobietom mówiącym o sobie w pierwszej osobie trzeba pokazać, gdzie ich miejsce? Zastanawia mnie jeszcze, gdzie się podziali potencjalni ojcowie? Widziałam już sporo pełnych gniewu i żalu skarg mężczyzn, których partnerki usunęły ciążę. Jeśli chodzi o poronienie, wrażeń brak. Na forach też piszą tylko kobiety. Czyżby wyżalenie się było mniej atrakcyjne, kiedy brakuje czynnika najbardziej bolącego: braku możliwości decydowania za kogoś? I czy za to wszystko nie odpowiada ten sam mechanizm?

czwartek, 27 sierpnia 2009
uwaga, materiały łatwopalne

W ramach promocji wizerunku miasta w Katowicach na ulicy Mariackiej stanęła rzeźba. Rzeźba w drewnie. Stanowią ją deski zbite w kwadrat oraz owinięte folią, opatrzone napisem "Katowice - miasto wielkich wydarzeń". Całość dopełniają zainstalowane wewnątrz żarówki, które sprawiają, że obiekt rozbłyska w nocy gromadką świateł. Widok - niezapomniany. Próby dotarcia do źródła i dowiedzenia się, co artysta miał na myśli, kto to zacz i za ile, nie powiodły się.

 

Na tej samej ulicy pytaliśmy ludzi, jak im się podoba ten sposób promocji miasta. Nieświadomość obywateli co do takiegoż przeznaczenia desek i skojarzenia cokolwiek industrialne wskazywałyby na to, że ten sposób przekazu właściwie nie odnalazł swojej grupy docelowej. No, były wyjątki. Jedna pani wyraziła szczególny zachwyt rzeźbą, dając przy okazji upust swojej niechęci do wandali, którzy dokonali spustoszeń w postaci dziur w folii.

Osobom podzielającym nasze odczucia rozdawaliśmy paczki zapałek. Czy ktoś już użył ich do wyrażenia swojego zdania i uczynienia w Katowicach realnie wielkich wydarzeń - nie wiem.

Optymistyczne jest to, że ludziom - wbrew wrażeniu, którego często doświadczam - nie jest obce poczucie zażenowania. Mniej - że znowu mieszkańcy okazują się być czym innym, niż bezosobowe miasto.

środa, 19 sierpnia 2009
piąty element

Po raz kolejny nie rozumiem Ha!art-u. Przeczytałam swojego czasu "Ojciec odchodzi", teraz "Ślad po mamie" i nie mogę pojąć ich związku z polityką, powiedzmy, ideologiczną wydawnictwa. Czy sam motyw aborcyjnego coming out'u robi automatycznie książkę ha!artowską? Naprawdę nie zostało zauważone, że wpuszczono konia trojańskiego, który nawet szczególnie nie musiał się starać - bo autorzy całkiem oficjalnie trzymają inną stronę niż wydawnictwo? A może kogoś nie doceniłam i to celowa taktyka? Jeśli tak, co ma na celu?

"Ślad po mamie" Marty Dzido, to, jak już zdążyłam powiedzieć, aborcyjny coming out. Co jest oczywiście fantastyczne, zwłaszcza w połączeniu z zaproszeniem do podobnych wyznań innych dziewczynek oraz zwróceniem uwagi na pomijanie w sporze o aborcję tego, co mają do powiedzenia same zainteresowane. Co nie zmienia faktu, że kiedy już sama zainteresowana zaczyna opowiadać, robi się o wiele mniej ciekawie. Wspólna cecha z "Ojciec odchodzi" to świadomość autorów, że nie napisali książki dobrej. Oraz, co ciekawe, wydanie trochę na zamówienie wydawnictwa. Nie wiem, na ile cel uświęca środki. Nie da się jednak ukryć, że samo aborcyjne wyznanie nie tylko nie jest dobrze napisane, ale też nie jest ani trochę wiarygodne. Jest tendencyjne i płytkie. Nie wiedzieć czemu, do złudzenia przypomina szablon historii o tzw. syndromie poaborcyjnym. Jakkolwiek, głównym problemem dziewczynki zdecydowanie nie jest aborcja, a ona sama. Powieść jest bardzo pogrążona w żalu, ale żal stylizowany na młodzieżowe powieści o problemach nie jest pogrążający, raczej nudny. Cieszyłabym się, gdyby to było jedno z wielu takich wyznań w polskiej prozie, bo różnorodność jest ważna, ale kiedy jest to dopiero początek (a reszty nie widać), jestem zawiedziona.

Z milszych gałęzi Ha!art-u: Ewa Schilling i "Głupiec". Brakujący element prozy gejowsko-lesbijskiej, a może nawet nie tylko.

 

 

Teoretycznie istnieje pełen wachlarz: od przegiętych ciot, przez lesbijskie Bridget Jones, po nieszczęśliwe, ukrywające się osoby. "Głupiec" jest natomiast po prostu o miłości. Na dodatek, o zgrozo, dążącej od pewnego momentu do szczęścia. Jest to nie tylko zupełnie wiarygodna, życiowa historia, ale też przemycenie całej publicystycznej wymowy w dialogach - równie wiarygodnych.

Postacie dobrych książek o miłości są zazwyczaj neurotykami, jednak istnieje już tradycja literacka pokazywania ich jako skurwysynów, inteligentnych i niezrozumiałych. Protestancki neurotyzm Aliny jest z kolei tak wkurzający, że aż prawdziwy. Nie jest to takie wrzucanie bez kontekstu. Zachowanie Aliny pokazane jest z wytłumaczonymi przyczynami, skutkami, traumami z dzieciństwa, z całą tak zwaną emocjonalną głębią. Uświadomiłam sobie, że rzadko zdarza się tak dosłowne wytłumaczenie człowieka. I taki ładunek czułości, wiary w miłość i rozsądku. A przy tym - napisany świetnym, błyskotliwym językiem. Przełamanie pewnego schematu jest odwagą chyba nawet na poziomie aborcyjnego wyjścia z szafy.

wtorek, 18 sierpnia 2009
po trzecie

Czasami chęć rozpoczęcia od początku jest silniejsza od poczucia zażenowania, że zamykam, otwieram, zaniedbuję, odnawiam, zamykam i znowu otwieram.

Na fali wkurwienia załamującą topornością portalu nie mogę obiecać, że trzecie miejsce będzie ostatnim.

Zakładki:
00. Aktualnie
01. Na początek
02. Gospodarczo
03. Konsumencko
04. Na papierze
05. Świecko
06. Weg*ańsko
06.1: od kuchni
07. LGBT
08. Ekologicznie
09. Feministycznie
10. Na koniec
BLOGI